<title_newspaper="Przekrój">
<title_article="Charlie Chaplin">
<author_1="Michalina Wilkoszowa">
<language="pl">
<style="press">
<year="1954">
<month="10">
<date="1954-10-03">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Gdyby pomiędzy dniem w którym Chaplin zaczął myśleć o „Wielkim Dyktatorze", a dniem jego premiery nie minęło lat pięć, film ten zapewne byłby zupełnie inny i zupełnie inaczej przyjęłaby go publiczność. W chwili gdy Chaplin zabrał się do ośmieszenia Hitlera, ten był jeszcze, pod wieloma względami, postacią komiczną. Natomiast w roku 1940, gdy „Wielki Dyktator" ukazał się na ekranach Ameryki, i w latach następnych, trudno się było śmiać z jego szaleńczych wybryków i gróźb. Albowiem te groźby były już wówczas rzeczywistością, połowa Europy zagrabiona. Już paliły się piece krematoryjne, już co dzień ginęli ludzie na frontach, na ulicach, w obozach koncentracyjnych. W 1935 roku wielu ludzi w Europie, a szczególnie w Ameryce uważało że odgrażanie się Hitlera to farsa, że jest to fanatyk, chory umysłowo, którego nie trzeba brać na serio. Ubolewano wprawdzie nad losem Żydów. I pierwszy scenariusz jaki napisał Chaplin do „Wielkiego Dyktatora" (a było ich trzy) pomyślany był właśnie jako wielka obrona prześladowanych przez rasizm. Ale wszystko wyszło na filmie jakoś inaczej, niefortunnie i trochę żenująco. Najlepiej może zilustruje to następujący fragment z filmu. Gdy dyktator, Hynkel, dowiaduje się od swojego ministra, że gdzieś zatrzymała się fabryka na skutek strajku trzech tysięcy robotników, każe ich wszystkich rozstrzelać. „Nie chcę— powiada — ażeby był u nas choć jeden niezadowolony robotnik". Jest to ostra satyra, niewątpliwie, ale nieco zbyt podobna do życia, takiego, jakim było ono, gdy film dostał się na ekrany. Gdy Charlie, w roli biednego Żyda zapytany przez SS-mana czy jest aryjczykiem mówi: " Nie jestem jaroszem!" 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
